Sanktuarium

Ks. Jarosław R. Marczewski

Krzyż Trybunalski z Archikatedry Lubelskiej. Historia i kult

W kaplicy Najświętszego Sakramentu w archikatedrze lubelskiej, powyżej tabernakulum, od niemal dwustu lat wisi krucyfiks pasyjny szczególnej urody, zwany Krzyżem Trybunalskim. Nazwa ta wiąże się z jego najdawniejszą historią i pierwotnym przeznaczeniem. Krzyż ten, wzorowany na krzyżach gotyckich, drewniany, polichromowany, został wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ufundowany na przełomie XVI i XVII wieku przez jednego z wybitnych przedstawicieli rodu Zamoyskich – kanclerza i hetmana wielkiego Jana Zamoyskiego bądź przez jego syna – także kanclerza wielkiego koronnego – Tomasza Zamoyskiego. Obaj zaangażowani byli bowiem w sprawy lubelskie, w tym w organizację infrastruktury i sądownictwa szlacheckiego, zwłaszcza w działalność i rozwój Trybunału Koronnego w Lublinie. Dzięki tym zabiegom na rynku staromiejskim, w miejscu dawnego ratusza, wzniesiony został murowany gmach trybunalski. W jednej z jego sal znalazł się jako element wyposażenia wspomniany krzyż, który zwrócony w stronę grona sędziowskiego miał przypominać ferującym wyroki o czekającej wszystkich Bożej sprawiedliwości.

Kilkanaście dekad obecności krzyża w Trybunale Koronnym przerwały wydarzenia, jakie rozegrały się w gmachu trybunalskim 9 maja 1727 roku, podczas trwającej sesji sądowej. Wypadki te dały zarazem impuls do postrzegania Krzyża Trybunalskiego w kategoriach nadzwyczajnego znaku Bożego działania i łaski. Tego dnia zauważono bowiem na twarzy i korpusie postaci ukrzyżowanego Chrystusa krople, które zinterpretowano jako łzy Zbawiciela. Zjawisko to od razu zbadali na miejscu duchowni wchodzący w skład palestry. Kapłani, wycierając – jak mniemali – płynące łzy, próbowali się przede wszystkim przekonać, czy nie było to doraźne naniesienie przez kogoś wody albo naturalna wilgoć oraz czy zjawisko miało charakter długotrwały. Po zdjęciu krzyża okazało się, że wyobrażenie ukrzyżowanego Zbawiciela było całe okryte kurzem, suche, z wyjątkiem prawego oka i skropionych miejsc na korpusie. Jako że wiadomość o płaczącym krucyfiksie obiegła miasto wzbudzając sensację, ks. Walenty Chlebowski, kanonik chełmski i archidiakon lubelski, wraz z ks. Kazimierzem Czabajskim, mansjonarzem Zamku Lubelskiego i zarazem lubelskim kanonikiem, prywatnie, 1 czerwca, przenieśli krzyż z Trybunału do kościoła kolegiackiego i parafialnego pw. św. Michała Archanioła. Umieszczono go w kaplicy pw. św. Jerzego, którą odtąd zaczęto nazywać kaplicą Pana Jezusa Ukrzyżowanego. W takim postępowaniu kapłanów chodziło o to, aby uniknąć eskalacji emocji i wpisać krzyż w poważny kontekst, jakim było wnętrze świątyni i sprawowany w niej kult liturgiczny.

Informacje o tych wydarzeniach można zaczerpnąć z odpisu protokołu zeznań – znajdującego się w Archiwum Archidiecezjalnym Lubelskim – złożonych przed specjalną komisją powołaną w celu zbadania domniemanego cudu, w dniu 10 sierpnia 1753 roku przez biskupa krakowskiego Andrzeja Stanisława Kostkę Załuskiego. Komisja została powołana w związku ze wzrastającą czcią Krzyża Trybunalskiego. Wydelegowani komisarze przesłuchali w tej sprawie w dniu 1 grudnia 1753 roku w kolegiacie lubelskiej 32 zaprzysiężonych świadków duchownych i świeckich. Uczynili to według przewidzianych w tamtym okresie formuł prawnych. Polecili następnie utrzymywać krucyfiks w poszanowaniu do czasu wydania o nim ostatecznej opinii przez władzę diecezjalną. Ta jednak, po zapoznaniu się z przedstawionym materiałem, poleciła krzyż zasłonić i nie podawać go do publicznej czci. W powszechnym przekonaniu duchowieństwa i wiernych Lublina zakaz był krzywdzący. Sława cudowności krzyża stała się już głośna. Pobożność ludowa postrzegała znak Krzyża Trybunalskiego jako okazję do skutecznego wypraszania łask duchowych i fizycznych. O ich otrzymywaniu świadczyły pojawiające się liczne wota, także w kształcie symbolicznych, srebrnych rąk, nóg i serc.

W rezultacie w 1761 roku poproszono o powtórną komisję. Jej skutkiem było zezwolenie udzielone przez biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka w 1763 roku na odsłonięcie krzyża, niemniej jednak nie otrzymał on formalnie miana krzyża słynącego łaskami. Istnieją dalsze świadectwa starań na poziomie diecezjalnym o uznanie Krzyża Trybunalskiego za cudowny, pochodzące z lat 1765, 1770, 1773. Był też projekt zwrócenia się w tej sprawie bezpośrednio do Stolicy Apostolskiej. Wszystkie starania były jednak bezskuteczne, co nie przeszkadzało spontanicznemu rozwijaniu się nabożeństwa.

Ważnym aspektem w podtrzymaniu kultu Męki Pańskiej i zarazem czci dla Krzyża Trybunalskiego było ufundowanie specjalnego, złoconego ołtarza w kolegiacie lubelskiej przez Jana Sapiehę, kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego, a także fundacja Mszy św. wotywnej de Passione Domini, na którą środki w wysokości 20 tys. złp wyasygnował 20 sierpnia 1788 roku ks. Aleksander Trembiński, archidiakon lubelski. Mocą dokonanego zapisu spływał odtąd stały czynsz dla kapłana, który w każdy piątek celebrował Eucharystię na ołtarzu przed Krzyżem Trybunalskim.

Taki stan rzeczy utrzymał się do 26 sierpnia 1832 roku, kiedy kult parafialny i tymczasowe nabożeństwo katedralne powołanej do istnienia ćwierć wieku wcześniej diecezji lubelskiej zostały wyprowadzone ze starożytnej fary pw. św. Michała Archanioła. Przeniesiono je tego dnia z woli biskupa Józefa Marcelina Dzięcielskiego do nowo odremontowanej, pojezuickiej świątyni pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty, wyznaczonej od początku na lubelską katedrę. Zewnętrznym znakiem dokonującej się zmiany była procesja przeniesienia Najświętszego Sakramentu. Na jej czele niesiony był Krzyż Trybunalski, który miał już odtąd pozostać na stałe w udostępnionej wówczas dla wiernych świątyni katedralnej. Wyrazem aktualnego w kolejnych dekadach szacunku dla Krzyża Trybunalskiego było odnowienie w latach 70. XIX wieku z polecenia biskupa Walentego Baranowskiego ołtarza w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Przy tej okazji umieszczono nad znajdującym się w niej krzyżem stosowny napis i wezwanie: „Ten Cudowny Krzyż Trybunalski do r. 1727 pozostawał w Trybunale Lubelskim, później do r. 1832 w kolegiacie św. Michała, odtąd zaś w tej kaplicy. O Jezu, miłosierdzia”.

Krzyż umieszczony w katedrze był przez niemal całe stulecie jedynym słynącym łaskami przedmiotem czci znajdującym się pośród licznych przecież szacownych figur, obrazów i elementów wyposażenia tej świątyni. Dopiero wprowadzona do katedry przez biskupa Mariana Leona Fulmana w 1926 roku kopia ikony jasnogórskiej, a zwłaszcza wydarzenie łez Matki Bożej w 1949 roku i narastający w związku z tym kult maryjny sprawiły, że zmniejszyło się nieco tak intensywne dotąd zainteresowanie wiernych Krzyżem Trybunalskim. Nie oznaczało to jednak w żaden sposób ustania jego czci, o czym świadczą również aktualne formy pobożności pasyjnej w archikatedrze lubelskiej, rozwijane ze szczególnym uwzględnieniem obecności tego niezwykłego znaku. Tak więc w każdy piątek o godzinie 9.00 celebrowana jest w kaplicy, gdzie jest on zawieszony, Eucharystia z formularza o Krzyżu Świętym. Jest to Msza św. w intencjach zbiorowych, przy czym proszący o modlitwę wybierają ją świadomie, korzystając z odpowiednio w tym celu oznaczonych kartek, na których przedstawiają swoje intencje. W tej samej kaplicy, w piątki Wielkiego Postu, wobec Najświętszego Sakramentu i Krzyża Trybunalskiego kończy się każdorazowo nabożeństwo Drogi Krzyżowej. W ostatnich latach wyrazem trwającego, żywego kultu, a równocześnie formą jego umacniania stało się udostępnienie wiernym nawiedzającym archikatedrę specjalnych obrazków z wizerunkiem Krzyża Trybunalskiego i modlitwą do Chrystusa Ukrzyżowanego.

Kopia Krzyża Trybunalskiego z umieszczonymi w niej relikwiami Drzewa Krzyża Świętego nawiedzać będzie, poczynając od marca 2014 roku,  wszystkie parafie archidiecezji lubelskiej, w których odbywać się będą rekolekcje ewangelizacyjne. Niech Krzyż Chrystusa, sztandar naszej wiary i święty znak zbawienia, będący objawieniem największej miłości Boga do człowieka, umacnia wiarę i rozpala miłość w sercach wszystkich uczestników rekolekcyjnych spotkań.

NMP Płacząca

Cuda wciąż się zdarzają

Od tamtych wydarzeń mija niemal 60 lat. Naocznych świadków coraz mniej, ale pamięć o tym co wydarzyło się w lubelskiej katedrze w lipcu 1949 roku wciąż trwa. W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, 3 lipca do katedry przyjdą tłumy by czcić Matkę Bożą, która tutaj płakała.

O tych wydarzeniach powszechnie mówi się „cud lubelski”, choć oficjalnie samego zjawiska łez, jakie pojawiły się na obrazie Matki Bożej Kościół za cudowne nie uznał. Jednak w specjalnym liście z lipca 1949 roku biskupi zaznaczają, że liczne pielgrzymki, nawrócenia, spowiedzi i uzdrowienia z pewnością są cudownym znakiem działania Bożej łaski. Kolejne lata potwierdziły wagę lipcowych wydarzeń. W 1988 roku obraz Matki Bożej Płaczącej, jak zaczęto go nazywać, został ukoronowany papieskimi koronami, a sam papież Jan Paweł II, nie tylko modlił się przed nim, ale i przy różnych okazjach przywoływał wydarzenia z Lublina. Po dziś dzień przed obrazem Matki Bożej gromadzą się wierni wypraszając ciągle nowe łaski.

Zapłakała

3 lipca 1949 roku to była niedziela. Diecezję obejmował właśnie nowy biskup Piotr Kława. Po południu około godziny 16.00 przed obrazem jak zwykle modlili się ludzie. Wtedy to siostra zakonna Barbara Sadowska zauważyła zmiany na twarzy Matki Bożej. Pod prawym okiem Maryi widoczna była łza. Zawiadomiła o tym kościelnego Józefa Wójtowicza, który wspomina „Myślałem sobie, że się babom przewidziało i poszedłem sam. Zobaczyłem, że tak jest. Wróciłem do zakrystii i powiedziałem o wszystkim ks. Malcowi”. Inne osoby w katedrze także zauważyły zjawisko. Zaczęto się głośno modlić. Wieść o łzach na obrazie lotem błyskawicy rozeszła się po mieście. Ze wszystkich stron nadciągali ludzie, tak, że wieczorem nie można było zamknąć kościoła ze względu na napływający tłum.

Badanie

Poinformowane o wszystkim władze kościelne przypuszczały, że to naciek wilgoci usadowił się akurat w tym miejscu. Katedra była bardzo zniszczona podczas wojny i trwał w niej remont. Wilgoć wydawała się więc naturalnym wytłumaczeniem. Jednak kiedy zdjęto obraz ze ściany okazało się, że od spodu jest suchy i o wilgoci nie może być mowy. Powołano specjalną komisję do zbadania cieczy. Jednak ówczesne metody badawcze nie pozwoliły jednoznacznie określić co to jest, gdyż substancja na obrazie nie reagowała z żadnym zastosowanym odczynnikiem chemicznym. Stwierdzono tylko z całą pewnością, że nie jest to krew ani łzy, ale z dużym prawdopodobieństwem mówiono o płynie limfatycznym czyli substancji żywego organizmu.

Reakcja władz

Wierni jednak nie potrzebowali badań. Na własne oczy widzieli zjawisko, doświadczali wielkiej bliskości Boga, nawracali się, często spowiadali po wielu latach. Ówczesne władze absolutnie nie mogły sobie pozwolić na uznanie jakichś nadprzyrodzonych zdarzeń w katedrze. Oskarżyły kościół o mistyfikację a prasa pisała o ciemnogrodzie i zacofaniu ludzi, którzy wierzą w takie cuda. Urządzano w zakładach pracy specjalne masówki, na których przekonywano, że cud został sfabrykowany przez księży. Ludzie jednak wiedzieli swoje. Do katedry zaczęły napływać pielgrzymki z całego miasta, a wkrótce i z całej Polski. W związku z tym Lublin odcięto od świata. Nie sprzedawano biletów, zatrzymywano pociągi, a na rogatkach miasta ustawiono straże. Kiedy i to nie pomogło zaczęły się aresztowania.

Łapanka

Do najpoważniejszego starcia doszło 17 lipca, gdy na placu Litewskim zorganizowano wiec rządowy. W tym samym czasie w kościele kapucynów trwała Msza święta. Teksty liturgii splatały się z przemówieniami partyjnymi. Zaczęły się przepychani. Katolicy śpiewali „My chcemy Boga”, a przez megafony skandowano hasła „precz z klerem”. Pośród ludzi krążyli tajniacy UB znacząc kredą ubrania najbardziej aktywnych katolików. Kiedy ludzie się zorientowali zaczęli uciekać, jednak milicja zamknęła centrum tak, że trudno było się wydostać. W bocznych uliczkach stały ciężarówki na które ładowano zatrzymanych. Sceny z 17 lipca w Lublinie nie różniły się niemal od hitlerowskich łapanek.

Pokazowe procesy

Aresztowanych rozwożono po różnych komisariatach. Cele były niewielkie ciemne i wilgotne zupełnie nieprzystosowane do przetrzymywania tam ludzi. Często wcześniej trzymano tam węgiel. W małych pomieszczeniach było kilka desek, „szczęśliwcy” mogli liczyć na dwie prycze na kilkanaście osób. Po kilku dniach większość zatrzymanych przewożono do więzienia na lubelskim zamku. Jednak i tu było niewiele lepiej. Zasadnicze odbywanie kary zaczynało się po procesie sądowym. Te jednak nie dość że odbywały się nieuczciwie to jeszcze nie dano oskarżonym możliwości kontaktu z adwokatem. Pierwszy proces „cudaków” jak nazywano zatrzymanych w związku z cudem, miał miejsce 20 sierpnia 1949 roku. Wybrano 15 osób spośród aresztowanych. Sprawa odbywała się w Sądzie Grodzkim. Zatrzymani oskarżeni zostali o udział w zbiegowisku publicznym i czyny chuligańskie wobec funkcjonariuszy MO. Zarzuty nie wydawały się groźne. Wszystkich oskarżał prokurator Ryszard Nafalski, który ku zaskoczeniu wszystkich domagał się najwyższego wymiaru kary ku przestrodze dla innych. Jednym z dowodów na wyjątkową brutalność zatrzymanych był milicjant z ręka na temblaku w gipsie, który twierdził, że podczas aresztowania jedna z osób tak dotkliwie go pogryzła. Wszystkie osoby biorące udział w tym procesie otrzymały od 10 miesięcy do 2 lat pozbawienia wolności. Bardzo wysoką cenę przyszło zapłacić tym, którzy przyznawali się do wiary. Pomimo represji ludzie przychodzili do katedry modlić się przed obrazem Matki Bożej. Przychodzą tam do dziś. To miejsce szczególne, gdzie wciąż wierni wypraszają nowe łaski i dziękują za otrzymane.

Agnieszka Gieroba 

Wspólna modlitwa przed obrazem NMP Płaczącej na pamiątkę cudu łez odbywa się każdego trzeciego dnia miesiąca.  Prowadzą je pielgrzymi z różnych parafii.

Modlitwa rozpoczyna się o godz. 19:00 od Mszy Świętej a kończy Apelem Jasnogórskim i indywidualnym kapłańskim błogosławieństwem.